Nazewnictwo. Trudna sztuka dwudziestego pierwszego wieku. Łatwo dziś stać się architektem, projektantem, dekoratorem lub innym specjalistą w tej branży. Zastanawiam się, co może być oczywiście dla Ciebie dziwne chociażby przez mój zawód, dlaczego przyszło nam żyć w czasach, kiedy to każdy… jest kimś. I wcale ale to wcale w żaden sposób nie chcę ubliżyć „niekomuś”. Chodzi raczej o inne bycie… kimś. No, powiedz mi, mogę nazywać się, ot tak dla własnej przyjemności i wzniesienia własnego, rzecz jasna, ego na wyżyny, architektem? Czy wystarczy do tego ukończyć kurs obsługi programu Auto-CAD za pośrednictwem internetu? A może mogę nauczyć się czegoś przeglądając YouTube? Może wystarczy ukończyć jeden rok studiów architektonicznych i ze strachem czekać na następny? Jak myślisz?

Od pewnego czasu zauważam pewien problem, z którym, wygląda na to, Polska nie chce, bądź nie umie sobie poradzić. Wysyp architektów. Pisałam już jakiś czas temu o marnej produkcji architektów wnętrz, i pozostając w branży, która jakoby dość mocno mnie dotyczy, dziś opowiem Ci bajkę o… byciu architektem. Z prawdziwego zdarzenia.

Przerażają mnie rosnące w zatrważającym tempie, jednoosobowe firmy architektoniczne / projektowe / wnętrzarskie. Przerażają nie dlatego, że wypełnia się rynek, że ktoś miałby zabrać mi potencjalnego klienta, że moja jednoosoba firma tego nie wytrzyma. Przerażają dlatego, że spora część tych właścicieli swoich firm nie może niestety pochwalić się odpowiednim wykształceniem, a to już nie jest powód do zadowolenia. I nie, nie neguję tu w żaden sposób braku doświadczenia, które każdy (niezależnie od kierunku studiów, prawda?) musi zdobyć. Nie, nie. Neguję głośno i dobitnie nazywanie się wszem i wobec tytularnie, bez oficjalnej możliwości stosowania odpowiedniego tytułu. Wiesz dlaczego? Bo jeśli idę do lekarza, to ufam, że jest to lekarz. Doktor. Zwał, jak zwał. On ma zadbać o to, co w danej chwili jest dla mnie najważniejsze – zdrowie. I tak samo powinno być z każdą inną branżą. Nie chciałabym trafić na „prawnika”, który przeczytał bloga pełnego paragrafów, ani na mechanika, który po wielu wielu próbach, w końcu naprawił swoje auto. Już rozumiesz?

No dobra. Zniosę jakoś projektantów. I dekoratorów. I innych visual merchandiserów, którzy coraz częściej muszą mieć skończone także kursy związane z dekoratorstwem, projektowaniem i tak dalej. Ale nie zniosę samozwańczych architektów i architektów wnętrz! I nie potrafię ścierpieć, kiedy ktoś usilnie próbuje mi wcisnąc kit, jakoby to było to samo. Znaczy co, że architekt wnętrz i dekorator to to samo? Wtedy jedyne co ciśnie mi się na usta to bardzo nieprofesjonalny tekst „a jaką, przepraszam, uczelnię Pan skończył?”.

Pisałam już sporo o różnicy pomiędzy projektantem, a architektem. Możesz spojrzeć. Jednak tak jak przeczuwałam, tekst ten nie zmienił świata na lepsze. Dalej mamy firmy prowadzone przez ludzi, którzy studiów nie ukończyli, którzy mieszają inwestorom w głowach, opowiadając głupoty, z których później inni, ci doświadczeni troszkę bardziej, muszą się tłumaczyć.

Kiedy więc mogę nazywać się architektem? Po pierwszym roku, po obronie, czy po pierwszym niezadowolonym kliencie?

Myślę, że w żadnym z wymienionych przypadków. Bo ja się nim nie umiem nazwać. Wiesz czemu? Bo nie posiadając budującego doświadczenia na stanowisku architekta (który swoją drogą powinien przecież mieć sporą wiedzę w głowie – dużo większą niż architekt wnętrz) bałabym się obarczyć kogoś swoim błędem i ot tak, dla własnej przyjemności roztrwonić jego ciężko zarobione pieniądze (tak, nasze usługi nie są tanie, a jeśli tak jest – zastanów się dwa razy, zanim zdecydujesz się na takiego delikwenta). Nie poszłam w tamtym kierunku. Nie zrobiłam uprawnień. Uprzedzając fanatyzm, nie zrobiłam, bo nie chciałam. Nie zrobiłam, bo nie czułam potrzeby. Nie zrobiłam, bo kończąc także studia na kierunku architekta wnętrz, skupiłam się na tym drugim. Dokształcając się w tym drugim zawodzie, zdobywając często ciężkie i trudne zlecenia, dzisiaj wiem, że architektem wnętrz… mogę się nazwać z dumą. Ale nie mogę nazwać się architektem. Mimo ukończonych studiów i podstawowej pracy na stanowisku architekta (nie architekta wnętrz!). Nie żebym uważała, że tylko uprawnienia budowlane zobowiązują i umożliwiają nam nazywanie się architektem. Ale uprawnienia idą (albo wręcz powinny iść…) za sporym doświadczeniem i jeszcze większą wiedzą. A to właśnie o doświadczenie i o to, co architekt ma w głowie, tutaj chodzi.

Słowo ARCHITEKT, zresztą podobnie jak ARCHITEKT WNĘTRZ, to słowa bardzo poważnie brzmiące. Jednak chyba nie w Polsce. Tak myślę. Jak patrzę na rynek. Owszem, super jest „być” mgr inż. architektem, albo mgr inż. architektem wnętrz, prawda?

Jednak w Niemczech sytuacja ta wygląda zupełnie inaczej. To nie byle tytulik w indeksie czy na kawałku papieru. To doświadczenie, uczestnictwo w targach branżowych, to kontakty i zupełnie inne środowisko. Ale przede wszystkim to przynależność do właściwego dla Twojego Landu Stowarzyszenia Architektów. A ta przynależność zobowiązuje. Na rynku panuje porządek, a wbrew temu co sobie pomyślisz, jest sporo jednoosobowych firm. Ale w każdej z nich pracuje człowiek wykwalifikowany. Wiesz dlaczego? Bo za używanie takiego tytułu bezprawnie mógłby liczyć na spory mandat. Tutaj używanie takiego tytułu reguluje prawo. A prawo określa także minimalne doświadczenie, jakie musisz posiadać, by w ogóle móc spełniać wymagania umożliwiające stosowanie tytularne. Fajnie ma ten wykwafilikowany człowiek, w tych biurokratycznych Niemczech, prawda?

No cóż. On musi.

Bo inaczej się udusi.

W sosie własnym.

Pracuj. Dawaj z siebie jak najwięcej, jeśli chcesz być profesjonalistą w swoim fachu. Zarówno zawód architekta, jak i architekta wnętrz, to piękne zawody. Zawody dla prawdziwych pasjonatów i… masochistów ;)

Ale zrób proszę rynkowi przysługę i nie nazywaj się architektem bez odpowiedniej wiedzy w głowie. Bo to właśnie ona powinna budować Twoje ego bycia architektem. Nie tytuł na wizytówce.

________________________________________________________________________________

Mieszkasz poza Polską i orientujesz się jak ta tematyka przedstawia się w Twoim kraju? Daj znać, jestem szalenie ciekawa!