Taaaak. Jakby ktoś z odwiedzających bloga myślał, że Niemcy, to kraj usłany różami i na każdym kroku czeka na nas szczęśliwe życie, to ma dowód, że tak nie jest. Jak każdy kraj, ma swoje plusy i właśnie minusy. Nadszedł czas na drugą stronę medalu. Jakie są więc minusy życia w Niemczech?

 

 

1. BIUROKRACJA – już Wam o niej pisałam. Jest ogromnym plusem, gdy mówimy o różnicach niemiecko-polskich. Jest zorganizowana i wykorzystuje umiejętnie dobroci XXI wieku, jakimi są maile, internety i inne tego typu cuda. Ale to właśnie ta organizacja, i system działania z powodzeniem mogę określić minusem. Nie spotkałam się nigdy wcześniej z taką natarczywością urzędników, którzy przez ilość formularzy, a zaraz po nich, występujących w nich pytań, muszą wszystko wiedzieć. Są sympatyczni, w większości pomocni – zgodzę się z tym zawsze. Ale prawo mają tak skonstruowane, że nic tutaj nie przejdzie bokiem. A że jeszcze jesteśmy w Unii Europejskiej, to tym bardziej, jakby chcieli, mogą wiedzieć o nas wszystko: ile lat jesteśmy z partnerem, w jakich bankach w PL mieliśmy konta, gdzie się rozliczamy, ile zarabiamy, co mamy w domu. Raty ściągają automatem z podanego konta, odsetki liczą za jeden dzień zwłoki, i jest w sumie jeszcze wiele, wiele takich innych niuansów. Tak, po dziś dzień są chwile, kiedy moje zdziwienie pokazuje szczęka leżąca na podłodze, ale nic nie możemy z tym zrobić. Od urzędu pracy, o którym napiszę Wam osobną notkę, w którym byłam zameldowana pół roku, dostałam przez ostatni rok tyle makulatury, że spokojnie jedno drzewo bym postawiła. Wszystko fajnie, pięknie i ładnie, ale zdecydowanie za dużo.

2. USŁUGI – koszt usług różnych firm, publicznych jak i prywatnych, jest porażająco wysoki. O ile zakupy możemy robić z uśmiechem na ustach, tak wybierając się do doradcy podatkowego, prawnika, szewca lub krawcowej, uśmiech zniknie nam z twarzy, gdy usłyszymy, ile należy zapłacić. To jest „czarna strefa” Niemiec, której zdecydowanie nie lubię. Prywatne kliniki są drogie. Usługi wykonawcze są drogie (stąd tak dużo ludzi łasi się na polskie firmy budowlane i potem mają problem, bo te polskie firmy budowlane nie budują zgodnie z niemieckim prawem budowlanym a polskim!).

3. BYCIE BIAŁYM – tak, cudownie to brzmi, wiem. Ludzie „biali”, w odróżnieniu od innych ras, które żyją w Niemczech, mają odrobinę bardziej pod górkę, jak inne (umówmy się, że nie mówimy o ludziach z niemieckimi papierami, bo oni są na szczycie piramidy – mają najłatwiej) . Nie wiem z czego to wynika, i dlaczego taki dziwny sposób patrzenia na ludzi tu panuje, ale sprawując troszkę wyższe stanowisko dziś, widzę, jak traktuje się np. Polaka i Turka w tym samym miejscu pracy. Od białego się wymaga (bo on przecież może, yyy….nie, nie – musi, bo chce pracować!), a na innego, który stwierdzi, że nie będzie tego robił, że nie umie, bo nie i już, patrzy się pobłażliwie. To boli. Nie tylko mnie i nie tylko ja to widzę. Ale wiem z czego to wynika. Niemieckie prawo jest tak skonstruowane, że najważniejsze jest dobro człowieka, nieważne skąd on pochodzi. I z wielu punktów działania można posądzić kogoś o rasizm, mobbing, wykorzystywanie i inne takie sprawy. I Niemcy bardzo się tego boją, bo to są cholernie ciężkie tematy. Boją się przede wszystkim przybyszy z bliskiego wschodu, czasem z Afryki, bo to głównie oni swego czasu zgłaszali bardzo dużo takich spraw. I w pewnym momencie Państwo miało z tym olbrzmi problem. Trochę to przeszkadza, bo wygląda trochę jak faworyzowanie. A w gruncie rzeczy jest wypracowanym zachowaniem obronnym.

4. POGODA – oh, jak ja jej nie znoszę. Każdy dzień jest inny. Raz słońce, raz deszcz. Raz wieje, raz grzeje. Parasol musisz mieć nieustannie przy tyłku, lato trwa całe 3 tygodnie (ale za to jest masakrycznie upaaaalne), śnieg potrafi padać w połowie roku (i nie mieszkam na Syberii dla przypomnienia), i ciągle nie wiesz jak się ubrać. Nie lubię tutejszej pogody, nie odpowiada mi. Wolę klimat Hiszpanii. A najchętniej tej Hiszpanii z Wysp Kanaryjskich :)

5. „GDZIE SĄ MOI PRZYJACIELE” – tutaj na pewno nie! I nawet nie zamierzam ich szukać. Tęsknię za rodziną i przyjaźnią, jakiej nauczyła mnie polska młodość. Niby jestem tak blisko, bo to przecież tylko tysiąc kilometrów, a mimo to tak daleko. Tak wiele rzeczy mnie omija. Tak bardzo bym chciała być z najważniejszymi mi ludźmi w ich ważnych chwilach. Tak. Czasem mam ochotę się spakować. Tu i teraz. Rzucić wszystko w kąt i wypłakać się w rękaw Mamy, Siostry bądź Przyjaciółki. Tylko co wtedy?

6. PROBLEMY Z PRACĄ W ZAWODZIE – szczególnie w tym, który wymaga uznania, a my studiowaliśmy w PL. Bywa ciężko, trzeba się natrudzić, na-załatwiać i bez stresu się nie obejdzie. Ale można. Po wielu perypetiach.

7. JĘZYK – tak, niemiecki ma dwa końce. Szczególnie dla mnie – osoby, która nigdy wcześniej się go nie uczyła, i wszelkimi możliwymi sposobami, zapierając się nogami i rękami, nie zamierzała. Lubię go, bo jest logiczny. Ale denerwuje mnie okropnie, bo uczę się i uczę, i ciągle to jeszcze nie to. No i nie angielski. I nie polski. A do francuskiego nawet podobny nie jest. Jak oni w Szwajcarii mogli połączyć tyle języków ja się pytam :D

Jak sami widzicie perypetie na emigracji, to nie tylko piękne obłoczki i kolorowe cukierki. Niejednego zepsutego grzyba trzeba zjeść. Macie jakieś swoje spostrzeżenia? Coś, co określilibyście minusem życia w Niemczech?