Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, za siedmioma jeziorami… bla, bla, bla. Zawsze to jakiś sposób by zacząć bajkę. Ale czy nie-bajkę też tak zacząć można? Czy wypada? Czy pasuje? Bo wiesz, i ja zresztą też to wiem, już trochę czasu upłynęło od momentu, jak opisałam dwa odrębne stanowiska hotelarskie, w jakich przyszło mi pracować w Niemczech. Jeśli jeszcze się z nimi nie zaznajomiłeś, mogę zawsze zaprosić Cię do czytania: pokojówka i kelnerka, to dla mnie pierwszy rzut na głęboką wodę, jazda bez trzymanki i niezły stres. Ale nie tylko w tych dwóch pracach przyszło mi zarabiać pieniądze, a przy okazji uczyć się języka, którego przecież nie umiałam. Były jeszcze dwa inne, być może mało ambitne, i mało spokrewnione z moim ja stanowiska pracy, jakie przez pewien czas zajmowałam.

Nadszedł czas, by opisać kolejny punkt w mojej bardzo roztrzepanej karierze, a który może dać Ci pewne poszlaki, co, jak, z czym, i dlaczego. Dawno, dawno temu, pojawiła się kolejna możliwość, może trochę bardziej związana z jednym z moich kierunków, z zawodem, który także wykonywałam w Polsce (byłam florystką także, a jakże!). Właśnie tak. Od zawsze lubiłam kwiaty, a one zdecydowanie lubiły mnie. Nie miałam z pracą z nimi najmniejszych problemów, mimo, że nie narzekałam na dużą ilość wolnego czasu w Polsce, często bywałam w niej by się… wyluzować. Kwiaciarnia odciągała mnie od obowiązków i stresów architekta, a zostawała gdzieś w okolicy dekoracji i zapędów plastycznych.

Chodzi o nic innego, jak o pracę w niemieckiej kwiaciarni. Kwiaciarnie niemieckie na pierwszy rzut oka niewiele różnią się od polskich, choć pierwsze co nasuwa się na myśl, to zupełnie inna kultura pracy z kwiatami i sam proces montowania bukietów. Ja miałam przyjemność pracować w miejscu, gdzie ruch był praktycznie ciągły i niezmienny. Chyba stały prostoliniowy powinnam powiedzieć, ale z fizyki nigdy dobra nie byłam.

kw3

Co udało mi się zaobserwować po krótkim czasie pracy (krótki był ze względu na to, że ja tak wybrałam – dla pracodawcy mogłam oczywiście więcej charytatywnie pracować!), to podejście do klienta, który oczywiście może kupić kwiaty na już, a lepiej na wczoraj, ale jednak znakomita większość z nich, planuje swój zakup z wyprzedzeniem. Wiesz, telefon, mail, osobiste przyjście, zamówienie, dostarczenie, odbiór osobisty. Noooo… w polskiej kwiaciarni tak nie miałam :D Trochę większy może przez to chaos, bo bałagan z pewnością. Do tego zupełnym standardem jest florystyka ślubna, wraz z bardzo zaawansowaną florystyką dekoracyjną na auta, do kościołów, sal itp, oraz florystyka pogrzebowa, która generalnie wcale nie przypomina tej skromnej pogrzebówki, jaką odstawia się w Polsce.

Zdecydowanie mniej robi się koszy, koszyczków i innych dekoracyjnych form jak robiłam w Polsce. Najpewniej dlatego, że ludzie po prostu nie chcą ich kupować. Najczęściej czas pracy wypełniony był wypakowywaniem tego, co przyjechało z giełdy (codzienna dostawa świeżości), bukietach robionych na następny dzień (dziennie, przy czterech nogach pracujących wychodziło po 10 wiązanek/bukietów/innych dekoracji na głowę!), oraz obsługą klienta rzeczywistego, czyli tego, który przyszedł właśnie do kwiaciarni.

kw5

Ponad to, z czym nie spotkałam się w Polsce, mieliśmy także usługę projektowania i dekoracji ogrodów, z jednoczesnym urządzaniem i własną ekipą remontową. Fajna sprawa, i powiem szczerze, że ze względu na mój kierunek studiów (ha, z architektury krajobrazu też co-nie-co miałam na studiach!), byłam tym faktem mocno uszczęśliwiona.

Codziennie przychodził ktoś kto potrzebował jakieś porady. A to dotyczącej właśnie ogrodu, a to dekoracji ślubnych. W efekcie wyglądało to tak, że nie miałam czasu się nudzić.

Dodatkowo kwiaciarnia w której pracowałam, zajmowała się dowożeniem kwiatów pod wskazany adres. Z pierścionkiem zaręczynowym, przeprośny bukiet itd. Fajna sprawa :D

Wszyscy, którzy w kwiaciarni pracowali, wiedzą doskonale, że nie ma kiedy się nudzić, i tutaj w Niemczech jest podobnie. Może odrobinę inaczej od kuchni, ale podobnie. Liznęłam odrobinę więcej języka, poznałam trochę zasad współpracy z tutejszym klientem. Szkoda tylko, że praktycznie nie zarabiałam (umowa na 3 miesiące, z najniższą możliwą stawką za godzinę, z dojazdem 30km w jedną stronę, na pełen etat, od 10-18 codziennie w pracy, oraz w co-drugą niedzielę, zabiły mój zapał). A mogło być tak pięknie.

Plusy:

– uwielbiam pracę w kwiaciarni za zapachy!

– uwielbiam pracę przy kwiatach

– florystyczne i dekoratorskie zapędy pozwalały mi tworzyć

– doświadczenie odrobinę pod zawód, co początkowo sprawiało, że mi się chciało (naprawdę!)

Minusy:

– brak czasu dla siebie

– ciągły stres (czy zdążę na czas, co jeszcze mam zrobić, czy wszystko gotowe)

– beznadziejne zarobki dla kogoś, kto utrzymuje się sam, a nie mieszka u rodziców

ZAROBKI:
Być florystką jest fajnie. Ale niestety mało pieniężnie. Teoretycznie w większości przypadków kręcą się w koło 1484,42€ brutto. Ja miałam zdecydowanie mniej, i to zaważyło na mojej decyzji.

Masz jakieś inne, niemieckie doświadczenia zawodowo-zarobkowe, którymi chciałbyś się pochwalić przed innymi? Może pracujesz, lub pracowałeś w niemieckiej kwiaciarni, i masz coś do dodania :)?

Podobał Ci się ten tekst? Nie bądź bierny, skomentuj i/lub udostępnij go innym, bo każdy tekst na tym blogu to godziny – a czasem nawet dni – przygotowań, projektowania, pisania, sprawdzania, testowania i montowania!

Pin It on Pinterest

Share This