Czytałeś w szkole ‚Medaliony’ Nałkowskiej? Nie mam pojęcia czy ta pozycja jeszcze znajduje się w spisie lektur obowiązkowych, czy nie, ale kilka lat temu, gdy ja należałam do grona uczniów, obowiązkiem było jej przeczytanie. Motto Medalionów, którego zresztą nigdy nie zapomnę, a dla mnie pasuje do wielu sytuacji życia dzisiejszego brzmi ‚Ludzie ludziom zgotowali ten los’. I tak jest zawsze. I wszędzie. Zawsze ludzie ludziom. Nigdy inaczej.

Od zawsze wierzyłam w ludzi. Od zawsze ufałam, że każdy kogo spotykamy, pojawia się w naszym życiu z jakiegoś konkretnego powodu. I dalej ufam i wierzę. Ale z dużo większym bagażem doświadczeń niż w momencie opuszczania murów szkoły i wejścia w dorosłość. W Polsce w moim życiu przewinęło się naprawdę mnóstwo różnych sobie osób. Dziś, gdy patrzę na to wszystko przez pryzmat czasu, widzę że poza znajomościami, jakie narodziły się w liceum i istnieją do dziś, nikt w moim życiu nie został na dłużej. Gdy minęły możliwości wyciągnięcia ze znajomości korzyści, znajomość ta poprostu się rozpadała. Zastanów się, czy i Ciebie to nie dotyczy…

BEZINTERESOWNOŚĆ SZKOLNA

Szkoła to czas, gdzie są ludzie lubiani bardziej jak i mniej. Z jednymi spędzamy przerwy, z innymi uciekamy z francuskiego, a od jeszcze innych spisujemy lekcje, których sami nie zrobiliśmy. Często to okres pierwszych poważniejszych miłostek, zawiązywania przyjaźni na całe życie. A ile z tych rzeczy w szkole robi się bezinteresownie? Przerwę spędzasz z kimś, by nie siedzieć samemu, bo nazwą Cię dziwakiem. Gdy inni uciekają z francuskiego, to mimo, że masz inne zdanie – uciekasz z nimi. Bo przecież ‚zgranie’ w klasie najważniejsze, prawda? Lekcje też robisz regularnie, ale inni koledzy chętnie to wykorzystują, bo przecież świetny z Ciebie kolega. I przy okazji bardziej Cię lubią. A nie raz masz ochotę krzyknąć by wreszcie sami coś zrobili. Pierwsze miłości są…. pierwsze. Nie zawsze dorosłe, często jeszcze głupiutkie. Niewiele takowych związków przechodzi bez szwanku w dorosłe życie. A czy tutaj jesteśmy bezinteresowni? Mamy kogoś, jesteśmy zakochani, ktoś pisze do nas smsy i wysyła walentynki. Mamy z kim iść na studiówkę i przy okazji dobrze się bawimy! A jakże. I najważniejsze – nie jesteśmy sami. To przecież w szkole bardzo niemodne. Przyjaźnie też, podobnie jak miłość, nie zawsze są w stanie przetrwać czasy późniejsze. Bo to co było fajne w szkole, po niej już staje się głupie, rozchodzą się nasze drogi i nie zawsze ludziom chce się usilnie je łączyć.

Nie twierdzę, że zawsze tak jest, ale nie oszukujmy się – większa część naszego młodzieńczego życia tak właśnie wygląda. Jesteśmy ludźmi, którzy żyją potrzebami tego okresu, wykreowanymi gdzieś z góry, bo tak przystoi i już. Jeśli natomiast znajomości takie przechodzą w kolejny stopień wtajemniczenia, przeżywają studia, ciągnąc się gdzieś dalej, dalej, to pytanie, czy faktycznie wyleczyły się z jakiejś wzajemnej interesowności, czy też ta właśnie interesowność ciągle istnieje?

BEZINTERESOWNOŚĆ DOROSŁA

Po szkole sprawa wygląda zupełnie inaczej, w zależności od tego czy wybieramy studia czy pracę, albo jedno i drugie, spotykamy coraz różniejsze osobowości. Czy koleżanka z pracy może być bezinteresowna? A paczka znajomych, którą tak naprawdę budujemy wspólnie z miłością z którą jesteśmy? Czy koledzy z grupy na studiach napewno nie oczekują niczego w zamian za pomoc przy jakiejś pracy? A czy Ty nie oczekujesz? Właśnie. Tutaj już dzieli się to na bardzo wyraźne dwa obozy – poznałam ludzi, którzy faktycznie niczego nie chcieli w zamian, było im miło, że mogą pomóc, albo tych, którzy w najbardziej odpowiednim dla siebie momencie przypomnieli mi o pomocy jaką mi ofiarowali, często w bardzo niegrzeczny sposób. Od dłuższego czasu nie znoszę być czyimkolwiek dłużnikiem, w związku z czym raczej nie korzystam z pomocy innych. A jeżeli sytuacja tego wymaga, nie zostawiam żadnych nadziei i złudzeń, co gdzie i kiedy w przyszłości mogłabym zrobić. Chcesz mi pomóc? Możesz mi pomóc? Powiedz jak i czym Ci podziękować. Teraz. Nie odkładamy tego na za rok czy pięć.

W pracy w Polsce spotykały mnie bardzo różne, i niestety także nieprzyjemne, sytuacje. Zatrudniano mnie, robiłam największą i najważniejszą robotę, spędzałam dnie i noce na ciagnięciu projektów, zamykałam różne ich etapy, dociągałam wszystko na ostatni guzik, po czym, po wielkim podziękowaniu, zwalniano, bo już nie byłam przydatna. Tak, to swoista normalność ale czy w pełni zrozumiała? Nie wydaje mi się. Ale jak widzicie, ludzie kompletnie nam obcy także wykorzystują. Tak samo jak znajomi. A może nawet bardziej?

Nie ma co się oszukiwać. Można zaprzeczać, ale i tak większość z nas doskonale wie, że ludzie wykorzystują. Że tworzą się dziwaczne relacje i znajomości, oparte tylko i wyłącznie na tym, co można z nich wyciagnąć dla siebie.

BEZINTERESOWNOŚĆ  EMIGRACYJNA

Mam nieoparte wrażenie, że jednak nie istnieje coś takiego. Przez ostatnie kilka lat było wiele sytuacji, w których po prostu nie było mi łatwo, i w swoim głupim zaufaniu do innych, nie raz się przejechałam. Za każdym razem boleśnie. Mój problem nie polega na tym, że nie uczę się na błędach. Polega na tym, że ja dalej i ciągle ufam ludziom. Wierzę w nich. I przykro jest mi pisać to co piszę, ale dotąd najwięcej nieprzyjemności spotkało mnie od Polaków. Nie twierdzę, że każdy taki jest, bo znam też mnóstwo ludzi ze swojego kraju i mam mnóstwo fantastycznych znajomych także z tej naszej smutnej Polski (która wcale nie jest taka smutna, jak ją malują!), którzy naprawdę prezentują normalne podejście. I cieszę się, że mogę z nimi utrzymywać kontakt, bo widzę, że warto!

Wytłumacz mi jedno, bo mam wrażenie, żem głupia i dotrzeć to do mnie to nie może: dlaczego większość, niestety, należy do tych pierwszych? I dlaczego, niestety, nie jest to tylko moje zdanie? Widzę, jakie podejście do człowieka prezentują inni ludzie, nie związani z Polską ani trochę. Czy to Duńczycy czy Francuzi, Hiszpanie, Portugalczycy, Afroamerykanie, Meksykańczycy czy Niemcy, za każdym razem jestem w ogromnym szoku związanym z chęcią ich pomocy, z naturalnością z jaką to robią, z ich sympatią i solidarnością jednych za drugich. Co więc z Polakami jest nie tak? Dlaczego są do siebie tak wrogo nastawieni? Dlaczego ciągle zazdroszczą i wbijają nóż w plecy? Skąd się to bierze?

Polacy spotkani tutaj w DE, mimo że nie wszyscy, to jednak w sporej większości, zamiast ułatwić mi dotąd jakiekolwiek sprawy, niestety sprawiali, że wiele sytuacji było dużo cięższych, niż mogłyby być. Nie znoszę zazdrości i cwaniactwa, a to z tym najczęściej spotykam się tutaj jeśli chodzi o rodaków. I bardzo mnie to smuci. Bo powinniśmy być dla siebie wzajemnym oparciem! Nie wyobrażam sobie komuś nie pomóc w jakiejś sprawie, jeśli faktycznie się na niej znam. Już nie raz proponowałam swoją pomoc choćby w załatwianiu formalności tutaj na miejscu, ludziom, którzy kompletnie nie znają języka. Już nie raz po jednym spotkaniu kontakt się urywał. Bo ja też jestem z Polski. To chyba znaczy, ze jestem jakimś wyrzutkiem, i w ogóle to jakim prawem mieszkam sama w mieszkaniu, a nie w jakimś wielkim domu z dwudziestką innych ludzi z Polski? A czy ja przyjechałam tu na gotowe? Czy ktoś dał mi coś za darmo? Nie, ja pracowałam na to by mieć to mieszkanie, w którym obecnie mieszkam. Pracowałam na to, by nie musieć dłużej mieszkać w jakiejś oborze z ludźmi, którzy całe popołudnia piją i co weekend jadą do rodziny, bo oni „tak tylko na chwile w tych Niemcach”. A ja nie na chwile. Ja na długo. A na to długo trzeba zapracować. By móc żyć normalnie. A przynajmniej tyle, o ile normalnie. Bez rodziny i przyjaciół na miejscu.

Znajomi Niemcy pytają mnie często dlaczego Polacy są dla siebie takimi wrogami. Dlaczego za plecami obrabiają sobie dupę. Dlaczego tak usilnie próbują wygryźć innego Polaka z podobnej posady w firmie. Śmieją się tutaj, że jak Ci polak nie zaszkodził to już Ci pomógł. Przyjemnie, prawda? Pytają mnie czasem, skąd to się bierze. Dlaczego tak wzajemnie się nie lubimy. I dlaczego ja tak chętnie pomagam, skoro potem i tak zamiast zwykłego dziękuję mam różne problemy i nieprzyjemności. I wiesz co? Nigdy nie wiem co odpowiedzieć.

Kilka dobrych lat temu oduczyłam się zazdrościć. Możesz wierzyć lub nie, nie zazdroszczę innym ludziom. Cieszę się, gdy komuś wychodzi coś po jego myśli, bo sama pracuję na siebie ciężko i WSZYSTKO co posiadam jest efektem mojej pracy. Znam wartość pieniądza i możliwość, lub jej brak, walki o swoje marzenia. I jestem z siebie naprawdę dumna. I każdemu, kto podziela w jakiś sposób moje spostrzeżenia, tego właśnie życzę! Nie wiem, czy związane jest to z moim wiekiem, czy doświadczeniem, lub poprostu wieloma sytuacjami w życiu, które kształtowały mnie przez ostatnie lata. Pracuję na siebie i to co mam tu i teraz, mogę obecnie zawdzięczać tylko i wyłącznie sobie. Dlatego nie ma dla mnie grama sensu chorobliwa zazdrość, która mam wrażenie jest celem samym w sobie. Takim swoistym napędzaniem swojej motywacji i swoich chęci. Wiesz, pouprzykrzam się, ponarzekam, powiem coś przykrego komuś, komu coś już wyszło, on będzie czuł się gorzej, ale to nieważne – mi będzie z tym lepiej. Dodam swoją historię i jedyną właściwą teorię do faktu, że ta Polka ma bogatego męża, czyli znaczy, że pewnie uwiodła jakiegoś głupca, bo na wszystko ją stać, a tamten Polak napewno ukradł auto, którym obecnie jeździ. No bo jak to tak…? Że niby zapracował na to?

Uważam mimo tego wszystkiego co napisałam wyżej, że ludzie potrafią być bezinteresowni i warto w nich wierzyć, ale wśród Polaków – szczególnie na obczyźnie – ze świecą takich szukać. Choć ja chyba dalej wierzę, że mimo wszystko warto. W końcu ludzie, którzy mają prawdziwy cel dla którego zmieniają całe swoje życie, i nawet gdy są nauczeni takich komunistycznych zachowań, zmieniają się na emigracji. Na lepsze. Prawda?

biovv

Mieszkasz poza Polską? Jestem bardzo ciekawa, jakie są Twoje doświadczenia w tym temacie. A może wiesz dlaczego nam Polakom tak ciężko się solidaryzować? Podziel się ze mną i czytelnikami swoim zdaniem w komentarzach :)