Lata lecą tak szybko, że nawet tego nie dostrzegamy. Bo nie chcemy. Bo nie musimy. Bo tak i już. Czasem bywa tak, że zatrzymują nas na chwilę, pogrążają w radości, zadumie, smutku lub żalu, po czym bez najmniejszej spontaniczności startują z impetem ponownie, nie pytając nas nawet o zdanie. Czy przypadkiem nie za szybko? Czy aby przypadkiem nie przydałoby się odrobinę skrupułów? A może trochę więcej czasu nam się należy?

Ostatnie dni, choć chyba powinnam napisać ostatni tydzień, pozwoliły mi przemyśleć wiele. Wiele tego co za mną, i jeszcze więcej tego, co wkoło mnie. Nie, nie jest to nostalgiczny tekst, który zamiast radości, wywołać w Was ma smutek. Nie. Dziś piszę o swoim odkryciu. Czy dojście do tego punktu oznacza, że już dorosłam? Czym jest dorosłość dla mnie? Zaraz się przekonasz.

Dzieciństwo

Lubisz to co masz i nawet nie dociera do Ciebie, że mogłoby być inaczej. Zabawki, lalki i hasanie po osiedlu. Piaskownica, zabawki po raz enty, piłka, rower i rolki. Koleżanki i koledzy. Kłótnie, bójki i inne takie tam… cudowności życia dziecinnego. Wszytsko jest pięknie, ładnie, żadnych problemów i trosk. Jeśli ktoś je ma, to z pewnością nie jesteśmy to my.

Bunt młodzieńczy

Pojawia się dość często. No bo moment! Ręka do góry, kto przeszedł potulnie okres dojrzewania i buzowania pierwszych domagających się głosu hormonów. Pierwszy raz pragniemy dorosłości, wyzywamy pod nosem i czekamy tylko na moment, by przekroczyć te upragnione i wyczekane lat osiemnaście. Wtedy to będzie się działo! I koniec i basta. Tylko my i nasze największe na świecie problemy.

Studia

Uff, przebrnęliśmy. Okazało się, że wcale tak źle nie było. Był dom rodzinny i ciepły obiadek. Oh, i pranie było zrobione. I wszystko pod nosek podane. Zero zmartwień zamienia się w jak sobie pościelesz tak się wyśpisz. Na studiach już różnie z tym bywa. Jeden tu, drugi tam. Do Mamy okazyjnie po słoiki się jedzie, a nasz dawny pokój okazuje się prawdziwą twierdzą nieprzepuszczającą do swego wnętrza całego zła życia codziennego. Pierwsze poważne problemy, nieporozumienia. Ale także pomoc i radość, że to my – dziecię buntownicze, które w końcu odwiedza stare mury. Bywa pięknie. Bywa też nerwowo. Ale jakby nie było, każdy wie, że czasem dobrze zajrzeć do tego naszego domu.

A po studiach…

Nie zostałam z rodzicami. Może mogłam. A może nawet nie dopuszczałam takiej myśli. Po studiach jesteś przecież dorosły. Nie, moment. Myślisz, że już jesteś dorosły. Ale to nie to. I ja długo tak myślałam. Dopóki po raz pierwszy, gdzieś tam, jeszcze w Polsce, nie podwinęła mi się noga. Rodzina była zawsze, gdy jej potrzebowałam. Rodzice jak mogli, tak mi pomagali w momentach najgorszych. Najgorszych w tamtej, ówczesnej skali. Dalej przeplatały się ze sobą pyszne słoiki i głośne kłótnie. Była praca, obowiązki i czas by posiedzieć w swoim dawnym pokoju. Aż do wyjazdu.

Emigracja

Bałam się jej. Nie byłam pewna. Nowi ludzie, nowe problemy, nowe życie, nowa rodzina. Czy dam radę? Szczerze powiedziawszy początkowo nieustannie myślałam o powrocie. Do domu rodzinnego. Bo tam zawsze wrócić mogę. Bo nikt mi nic nie powie. To moje miejsce. Miejsce, gdzie najwspanialsza osoba na świecie stale na mnie czeka. Trudne początki powoli zamieniały się w budowane skupulatnie, od podstaw, życie. W innym miejscu, na innym terenie, wśród obcych sobie ludzi. Pozostawiona sama sobie (na własne przecież życzenie), budowałam wszystko tak, jak najlepiej potrafiłam. By żyło mi się lepiej.

Jestem w dobrym miejscu

Nie zrozumcie mnie źle. Jestem szczęśliwa, że tak się wszystko potoczyło. Że jestem w miejscu, w którym jestem. Rodzina mnie nie opuściła, są tylko troszkę dalej niż wcześniej. Tęsknię za nimi, i uważam to za całkowicie normalny objaw. Przykro mi, że omijają mnie najważniejsze rocznice, urodziny, narodziny i inne sytuacje, w których po prostu chciałabym uczestniczyć. Nie da się. Nie da się mieć wszystkiego naraz. Wybrałam lepsze życie dla siebie, niż mogłam mieć tam. Ale właśnie niedawno dotarło do mnie coś jeszcze. Coś, czego nigdy wcześniej nie stwierdzałam. Każda możliwości odwiedzin rodziców czy dziadków, nieważne jak długa, była wyjazdem do domu. Bo to mój dom. Wracałam natomiast do wynajmowanego mieszkania, akademika lub do Niemiec.

Po raz pierwszy w swoim życiu dotarło do mnie, że jadąc do rodziców, jadę do domu, który kocham. Ale wracając do Niemiec, wracam do DOMU, który jest mój.

Czy Wy także odczuliście kiedykolwiek taką różnicę? Dostrzegliście ją, czy też wszystko przeszło w pełni gładko? Czy jesteście już w pełni dorośli :)?

Podobał Ci się ten tekst? Nie bądź bierny, skomentuj i/lub udostępnij go innym, bo każdy tekst na tym blogu to godziny – a czasem nawet dni – przygotowań, projektowania, pisania, sprawdzania, testowania i montowania!

Pin It on Pinterest

Share This