Pierwszy dzień w moim kraju, czyli niemiecka kraina mlekiem płynąca.

Łatwo domyślić się,  o czym dziś będę pisać, prawda? Pewnie, że tak! Dzisiaj na tapecie niemiecka rzeczywistość utajniona. Postanowiłam wziąć udział wymianie swoich doświadczeń wraz z innymi osobami z Klubu Polki na Obczyźnie i trochę się… uzewnętrznić. Mimo, że nie raz, nie dwa, pisałam o tym, jak to dla mnie było w Niemczech na początku, pisałam jak jest teraz i co się zmienia, chyba nie wspominałam Wam jeszcze o własnych, pierwszo-dniowych uczuciach, jakie towarzyszyły mi gdy przekroczyłam polsko-niemiecką granicę. Jesteście ciekawi? To zapraszam do czytania!

 

Pierwszy dzień kojarzy mi się niezbyt jednolicie bo… no cóż, chyba mam mieszane uczucia. Nie spodziewałam się, że tu przyjadę, nie spodziewałam się, że spędzę tu tyle czasu, nie spodziewałam się chyba, że los potoczy się tak, a nie inaczej. A że los lubi zaskakiwać, zaskoczył mnie i tamtym razem.

 

PIERWSZE WRAŻENIE

 

Mimo, że przyjechałam tu patrząc na Niemcy bardzo stereotypowo, i co najistotniejsze, przyjechałam tu z nadzieją szybkiego wyjazdu, chyba trochę się zauroczyłam. Zauroczenie mieszało się z tą świadomością, że to jednak nie ten język, co się go uczyłam, że nic nie rozumiem, że co to za bełkot, że nie dam przecież rady bo… każdy kolejny usilny wsłuch w wypowiadane dziwaczne dźwięki powodował u mnie odruch mocno wymiotny. Zastanawiając się na chwilę obecną nad tymi odczuciami, stwierdzam, że sporo plusów dodało tutaj miejsce, w które wybrałam się w ten „pierwszy raz”.

Nawigacja, po bólach i problemach, doprowadziła mnie niedaleko francuskiej granicy, w bardzo malownicze, wiejsko-miasteczkowe zabudowania rodem z epoki romantyzmu. No cóż, wpadłam po uszy, jako że ja polonistycznie umierałam milion razy wraz z Goethe i jego twórczością. Taka ze mnie romantyczna dusza, że czułam klimat tego miejsca całą sobą, ba!nawet trawa była tu wtedy zieleńsza. Uroku dodawała panująca tam wtedy pogoda, uroku dodawała świadomość, że jadę zakochana, że jadę stęskniona, że jadę… w ramiona. Miejsce więc zauroczyło mnie zupełnie i kompletnie. Mimo, że każda próba zapłaty za paliwo w drodze do celu sprawiała mi ogromnie stresogenną przyjemność, bo okazało się, że chyba nie każdy Niemiec zna angielski (a ja naprawdę wierzyłam, że oni „kumają czaczę” i to tylko takie zgrywanie się, o czym wspomniałam też tutaj), mimo, że każda próba porozumienia się z kimś, bo nawigacja nawaliła kończyła się niepowodzeniem, mimo, że ten odruch wymiotny, jakoś nie porzuciłam pomysłu dojazdu na miejsce, nie zawróciłam do domu, nie rzuciłam fochem. No dobra… wtedy jeszcze nie.

Foch przyszedł trochę później.

 

MOTYWACJA DROGĄ DO CELU

 

Było mi łatwiej, bo miałam motywację. „Dziś to wiem”, mogłabym zaśpiewać. Jednak gdy ją zaspokoiłam, gdy okazało się, że kwestia przyswojenia języka to kwestia czasu, bo jeśli chcę pracować to muszę, że jednak będzie trzeba swoim umysłem ogarnąć wiele rzeczy i nauczyć się żyć na nowo w zupełnie innej, choć niby takiej samej, rzeczywistości, okazało się, że już nie jest tak fajnie. I tak, być może nie był to od razu pierwszy dzień, a chwila później, to mimo wszystko usilnie trzymam się tego, że tylko dzięki temu, że pierwsze wrażenie było takie, jakie było, było mi łatwiej przebrnąć te kilka lat. Było mi łatwiej nauczyć się żyć w miejscu, w którym mi przyszło losowo być.

 

RÓŻNORODNOŚĆ

 

Przez pryzmat czasu stwierdzam, że to bardzo różnorodny kraj. Kraj pełen dziwactw ale i niuansów, które czasem wydają nam się śmieszne lub przykre. To miejsce, gdzie większość ludzi można bez obrazy nazwać imigrantami i w sumie nikt nie ma prawa się obrazić. No chyba, że lubi. To kraj wielu możliwości, ale też kraj wielu… niezrozumiałości. To kraj, który idzie w dwóch, kompletnie sobie odrębnych kierunkach, i odbija się to na mieszkających tutaj ludziach. Pierwszy dzień pokazał mi Niemcy jako piękny i zadbany kraj. Kraj ułożony i zorganizowany. Z ludźmi, którzy chyba niekoniecznie chcą rozmawiać z innymi po angielsku. Czas zweryfikował wiele rzeczy, ale… w dalszym ciągu mam mieszane uczucia.

 

Minęło sporo lat od wpisu, w którym opisywałam pierwsze wrażenia, i no cóż… ja dalej jestem w Niemczech. To chyba znaczy, że nie jest mi tutaj tak źle, prawda?

 

 

Teksty, które mogą Cię zainteresować: