.IN SLOW LIFE Umysł

Postanowienia noworoczne możesz wyrzucić do kosza!

Tak. Dobrze czytasz. Będzie o tym, o czym piszą dziś wszyscy. O postanowieniach noworocznych. Z mojego punktu widzenia. Czy gdy zobaczyłeś nagłówek tego posta, pomyślałeś „o nie, następna o tym samym”? To już na starcie możesz pożegnać wszystkie kaczuszki i misie. Chmurki i różowe serduszka. Uśmieszki, i wszystkie inne -eszki, jakie chodzą Ci po głowie gdy myślisz o Nowym Roku. O tej cudownej, kolorowej chwili, której za niedługo pewnie już nawet nie będziesz pamiętać.

Bo tak to już jest z nami – ludźmi, że nam się wydaje to czy tamto. Że koniec roku starego, w którym coś lub nic nam wyszło, że nowy rok na starcie, że nowy początek. Nowe życie. Nowi my. Być może jeden szampan za daleko i obudzisz się w jakimś nowym świecie, ale będzie to [nowe] trwać jedynie chwilę. Być może tak bardzo uwierzysz w magię liczb zero-jeden-kropka-zero-jeden, że poczujesz jakiś nagły przypływ energii. Ale niestety, to co przychodzi nagle, to po diable ulatuje jeszcze naglej.

Nie oszukuj siebie. I innych. Nowy rok, a raczej pierwszy stycznia, to dzień, jak każdy inny. Chociaż nie. Może być nawet gorszym jak inne. Kto wie, jak bardzo skacowany i/lub przeżarty się obudzisz. Czy będziesz wtedy myślał o nauce przeklętego japońskiego, przebiegnięciu 10km albo „diecie”? Czy gdy już wytrzeźwiejesz, świat naprawdę będzie wyglądał inaczej, niż ten z 31 grudnia? Pomyśl, i powiedz mi, czy myślisz, że to najbardziej odpowiedni czas na jakiekolwiek zmiany?

Wszyscy ludzie, no dobra – prawie wszyscy, od wieków wypatrują w pierwszym stycznia jakiejś nieokreślonej wyroczni. Albo bramy do szczęśliwego życia. Każdy choć raz w swoim życiu, składał sobie postanowienia noworoczne. Noworoczne. O tak, teraz będę chudła w oczach, bo to nowy rok, a ja jestem na diecie. W tym roku zacznę zarabiać prawdziwe pieniądze, bo będę pisać artykuły codziennie. Znajdę nową pracę. Nauczę się fińskiego. Wcisnę się w spodnie sprzed 10 lat. Kupię psa. Wybuduję dom. Spłodzę syna. I tak dalej.

Może jeszcze nie wiesz, ale jakieś 95% postanowień, trwa przez jakieś dwa tygodnie stycznia. I też niekoniecznie zaczynając liczenie od pierwszego, bo przecież kac, bo ból głowy, brzucha albo dupy. Drugiego jest za zimno, za ciepło, za bardzo wieje. A trzeciego jest niedziela, więc należy Ci się przerwa. Ach, pierwszy stycznia, jak ja go nie znoszę. Czaruje bezpodstawnie jakąś magią, zwabia niczego nieświadome dusze, i porzuca kilka tygodni później. Więc po co stawiać go na piedestał, wmawiając sobie i innym, że to jedyna odpowiednia chwila, jedyny taki moment, w którym wszystko możemy zmienić? Bzdura nad bzdury.

Zmienisz coś wtedy i TYLKO wtedy, kiedy naprawdę będziesz tego chciał. Lub potrzebował. Zbyt proste? A jednak. Do zmiany nawyków czy wprowadzenia jakichś-tam zmian, potrzebujesz bodźca, jakim niby miałby być dzień zaczynający Nowy Rok. Potrzebujesz mieć świadomość, że zaczynasz coś na nowo. Od nowa. Inaczej. Że to, co było wcześniej, gdzieś się rozpłynęło, i nikt i nic, nie zburzy Twojego spokoju. Nie pamiętasz minionych lat, kiedy to postanowienia pełzły na…. niczym, bo i po co? Lepiej skupić się na najbliższych dwóch tygodniach, może miesiącu, wycisnąć z nich ile się da. Bo przez resztę roku nie będzie już tylu chęci i sił.

Nowy rok, to dobre tłumaczenie. To dobra wymówka. Wymówka, której także ulegałam. Nie jestem gołosłowna. Ulegałam nie raz, i nie raz padałam za zakrętem. Na twarz.

By zmienić najmniejsze cokolwiek w swoim życiu, potrzebujesz chęci, a nie pierwszo-styczniowego nowego roku. Potrzebujesz wiary i siły w to, co chcesz osiągnąć. Musisz być pewny, że naprawdę tego chcesz. Musisz widzieć sens, choćby swój, najmniej racjonalny ze wszystkich możliwych. Ale sens. Nie idź ślepo przez życie, ufając, że nowy rok zrzuci Ci zmiany na łeb. Bo przez ich ciężar upadniesz, i nikt inny nie pomoże Ci się podnieść.

Bo też będzie próbował wstać.